portal wiadomosci zagraniczneNa początku listopada omawialiśmy artykuł polskiego analityka, który wskazywał na poważne, strukturalne kłopoty branży wiatrakowej i całego sektora enegetyki wiatrowej w Niemczech. [1] Według najnowszych przecieków medialnych, federalne ministerstwo gospodarki przygotowało przepisy wprowadzające 1000 metrową odległość minimalną między instalacjami wiatrakowymi a terenami zabudowanymi w całych Niemczech. [1], [2]

Odległość minimalna

Gdyby takie przypisy zostały wdrożone, oznaczałoby to radykalne odejście od dotychczasowej praktyki lokalizacji wiatraków w NIemczech (poza Bawarią, która przyjęła wymóg odległościowy 10H już kilka lat temu). Lokalne władze szły generalnie na rękę inwestorom, zezwalając na budowę farm wiatrowych w odległości nawet 400 metrów od domów mieszkalnych. Takie praktyki stosowano również w coraz częstszych przypadkach modernizacji istniejących farm wiatrowych, gdzie dużo mniejsze, starsze elektrownie wiatrowe zastępuje się - w tej samej odległości od domów mieszkalnych — nowszymi modelami, znacznie większymi i bardziej uciążliwymi dla ich sąsiadów (tzw. „repowering”).

Projekt przygotowany w niemieckim ministerstwie gospodarki przewiduje, że odległość minimalną mierzy się od granicy najbliższego obszaru przeznaczonego pod zabudowę mieszkalną lub „grupy pięciu domów”.

Te zapowiedzi wzbudziły natychmiast panikę wśród lobbystów i zwolenników energetyki wiatrowej. Patrick Graichen z wpływowego instytutu badawczego o profilu „klimatycznym” - Agora Energiewende ostrzegł, że:

Ten przepis jest sformułowany w ten sposób, że nie będzie żadnej możliwości budowy lądowych elektrowni wiatrowych przez całe lata.

Graichen chyba świadomie przesadził, bo chodziło o mocny przekaz medialny dla opinii publicznej w miastach. Sami „przedstawiciele branży” mówią, że ograniczy to przestrzeń pod budowę instalacji wiatrowych w Niemczech o połowę. [1] Tak jak ma to miejsce na obszarach zaludnionych wszędzie na świecie, mamy tutaj kolejną odsłonę nierozwiązywalnego konfliktu pomiędzy minimum jakości życia mieszkańców wsi a interesem rozbudowy energetyki wiatrowej.

Czy proponowana odległość minimalna stanie się prawnie obowiązująca w Niemczech nie jest jednak pewne. Trzeba pamietać, że ministerstwo gospodatki jest w rękach CDU. W Niemczech rządzi koalicja tzw. „chadeków” CDU/CSU z socjalistami SPD. Przyjęcie propozycji ministerstwa gospodarki z pewnością spotka się z oporem tych ostatnich.

Antywiatrakowy wróg czai się w rządzie niemieckim

Drugą ważną inicjatywą, która pojawiła się w kręgach niemieckich urzędników federalnych, jest obciążanie operatorów farm wiatrowych kosztami budowy i utrzymania linii przesyłowych odprowadzających energię generowaną przez farmy wiatrowe do krajowego systemu energetycznego. [1] Z perpektywy branży wiatrakowej, koszty ich działalności kończą się na granicy farmy wiatrowej. Co nie jest jednak prawdą. Biorąc pod uwagę specyfikę energetyki wiatrowej (niestabilne dostawy energii elektrycznej i rozproszony charakter tych instalacji), uznanie wszelkich wynikających z tego obciążeń dla sieci energetycznej za „koszty zewnętrzne” jest oczywiście formą cichego subsydiowania energetyki wiatrowej i pozwala na ukrywanie jej faktycznych kosztów — w porównaniu do innych sektorów produkcji energii elektrycznej.

Taka zmiana w polityce rządowej oznaczałaby oczywiście radykalne zwiększenie kosztów inwestycji wiatrakowych. Tymczasem branża wciąż jeszcze nie może wyjść z szoku po zamknięciu pierwszego, i to wyjątkowo hojnego, cyklu subsydiowania energetyki wiatrowej w Niemczech. Pomimo spadku cen jednostkowych elektrowni wiatrowych i pełnego przerzucenia kosztów ich funkcjonowania w systemie energetycznym na niemieckiego podatnika i konsumenta energii (przynajmniej do chwili obecnej), inwestowanie w farmy wiatrowe bez oparcia się na subsydiach publicznych pozostaje nieopłacalnym przedsięwzięciem. Dzieje się tak mimo  kilkunastu lat realizacji Energiewende.

To wszystko skłania medialnych zwolenników dalszej rozbudowy energetyki wiatrowej w Niemczech do szukania wrogów w kręgach urzędników federalnych ministerstw.

W ostatnich latach stale rośnie w siłę oddolny ruch przeciwników wiatraków. Chodzi głównie o lokalne stowarzyszenia (Bürgerinitiativen), które walczą z projektami budowy farm wiatrowych w ich bezpośrednich sąsiedztwie. Warto zauważyć, że motywacje członków tych organizacji obejmują - w zależności od lokalnej sytuacji i w różnym stopniu - bezpośrednią uciążliwość zbyt bliskich elektrowni, ale także ochronę cennych walorów przyrodniczych (np. gatunki lub obszary chronione) lub krajobrazu (historycznego, kulturowego). Ponad 10 tysięcy takich inicjatyw zajestrowało się na portalu www.windwahn.com. [4] Ich liczba stale rośnie. Redakcja portalu liczy, że w przyszłości antywiatrakowe stowarzyszenia będą działać w 20% wszystkich gmin w Niemczech. O efektach tej aktywności społecznej, zwłaszcza jeśli chodzi o wydłużenie postępowań inwestorskich w wyniku sporów sądowych, pisał Marek Kędzierski z Ośrodka Studiów Wschodnich w cytowanym przez nas artykule. [1]

W tym świetle propozycja wprowadzenia 1000 metrowej odległości minimalnej stanowi racjonalną próbę uspokojenia, przynajmniej częściowo, sprzeciwu niemieckiej wsi wobec chaotycznej zabudowy wiatrakowej. Niemniej jednak protesty antywiatrakowe w Niemczech mają niemal tak długą historię, jak historia samej Energiewende. Do tej pory nie miały one wpływu na politykę rządu federalnego, a media niemieckie skutecznie wspierały kampanie lobbystów wiatrakowych, którzy wyśmiewali i marginalizowali przeciwników farm wiatrowych w oczach opinii publicznej. Dokładnie to samo działo się i w Polsce, czego byliśmy naocznymi świadkami.

Doszukując się przyczyn obecnych „niebezpiecznych” inicjatyw w rządzie federalnym, media propagujące dalszą ekspansję sektora wiatrakowego alarmują, że przeciwnicy wiatraków cieszą się teraz „wielkimi wpływami sięgającymi po najwyższe kręgi” w federalnych ministerstwach. [4] To wyjaśnia, dlaczego działania sabotujące interesy branży wiatrakowej wychodzące na przykład z ministerstwa energetyki nie są przypadkowe, lecz planowe i intencjonalne.

Internetowy serwis www.wnergiezukunft.de (tj. „przyszłość energii”) widzi szczególnie groźnego wroga w Stephanie von Ahlefeldt, kierującej departamentem Polityki Energetycznej - Energii Elektrycznej i Sieci niemieckiego Ministerstwa Energii. Jak pisze z oburzeniem prowiatrakowy portal, Ahlefeldt ma w rękach najważniejsze stery polityki rządowej w tym zakresie. Ahlefeldt „wie dokładnie, za które dźwignie należy pociągnąć, aby dokonać znaczących zmian, i ciągnie za wszystkie te dźwignie jednocześnie”.

Cele polityki klimatycznej są coraz ambitniejsze, a wiatraki pozostają jej głównym narzędziem

Najnowsze doniesienia z sektora energetyki wiatrowej wskazują, że jego kryzys trwa. [3] Największy niemiecki producent turbin wiatrowych Enercon ogłosił likwidację 3.000 miejsc pracy, czyli jednej czwartej całkowitego zatrudnienia w tym koncernie. Pod koniec września duńska grupa kapitałowa Vestas zrealizowała plan zwolnień obejmujący 20% jej pracowników w Niemczech.

Od początku roku do września w kraju zainstalowano jedynie 507 MW nowych mocy, co jest rekordowo niskim wynikiem w skali ostatnich 20 lat. Według prognozy niemieckiej agencji ds. energetyki wiatrowej (FA Wind), do końca roku oddane zostanie do eksploatacji najwyżej 1.000 MW instalacji wiatrakowych, tymczasem plan rządu niemieckiego przewiduje uruchomienie do 2.800 MW każdego roku. Jedynie 41% nowych mocy uruchomionych w tym roku znalazło do tej pory dzierżawców.

Zgodnie z rządową strategią w zakresie „transformacji energetycznej”, moc zainstalowana lądowej energetyki wiatrowej w Niemczech ma wzrosnąć z 52,9 GW w 2018 r. do 67-71 GW w 2030 r. Udział energetyki odnawialnej (głównie farm wiatrowych) w konsumpcji energii elektrycznej ma osiągnąc poziom 65% w 2030 r., przy całkowitej eliminacji energetyki jądrowej i stopniowym wycofywaniu energetyki węglowej.

Co więcej, niemiecka przewodnicząca nowej Komisji Europejskiej zapowiada kompleksowe zaostrzenie polityki klimatycznej — pod hasłem osiągnięcia „neutralności klimatycznej”. Jak to obrazowo przedstawił niedawno europoseł PiS Grzegorz Tobiszewski (do niedawna wiceminister energii od początku rządów PiS):

„Pociąg zmian (związanych z polityką klimatyczną - PAP) pędzi. Musimy (tj. Polska – red.) nie tylko być na peronie, ale wsiąść do tego pociągu….” [5]

Ów „rozpędzony pociąg” europosła Tobiszewskiego, czyli zapowiedź zaostrzenia i przyspieszenia realizacji celów polityki klimatycznej, pod hasłem osiągania „neutralności klimatycznej” przez kraje Unii, jest, i ma być w coraz większym stopniu, napędzany energią elektryczną pochodzącą przede wszystkim z farm wiatrowych. Energia z wiatraków ma być bowiem nie tylko podstawą ujednoliconego i zintegrowanego systemu energetycznego Unii Europejskiej, ale ma także zasilać nowy transport, a po wyeliminowaniu uchodzącego do niedawna „ekologicznego” gazu, będzie także ogrzewał domy mieszkańców Unii.

Chociaż cechą charakterystyczną zarówno niemieckiego programu „przebudowy energetycznej” (Energiewende), jak i polityki klimatycznej Unii jest od początku zdecydowana przewaga wizji ideologicznych i niewiarygodnych prognoz (jak już się okazało w przeszłości) nad racjonalną analizą możliwości, kosztów i korzyści, koniec końców Niemcy będą musiały znaleźć sposób na zapewnienie dalszej, szybkiej rozbudowy parku farm wiatrowych z pominięciem mieszkańców wsi, bądź też … zrezygnować z forsowania energetyki wiatrowej, jako głównego motoru „zielonej” gospodarki i społeczeństwa.

W tym kontekście warto wspomnieć, że równolegle z „antywiatrakowymi” propozycjami dotyczącymi odległości minimalnej i obciążenia branży wiatrakowej kosztami linii przesyłowych, w kręgach CDU przygotowano także propozycje przyspieszenia wydawania pozwoleń planistycznych na inwestycje wiatrakowe. [2] Przypomina to działania urzędników francuskiego prezydenta Macrona poprzedzających wybuch protestów żółtych kamizelek.

Z polskiej perspektywy widać, że ustawa odległościowa z 2016 r. była świetnym pomysłem na zakończenie wiatrakowej samowolki realizowanej przez inwestorów na wsiach przy poparciu lokalnych władz, skoro nawet niemiecki rząd chce skopiować te rozwiązania. Niestety rząd Morawieckiego, zamiast trzymać się tego pomysłu, pozwolił na manipulacje w przepisach ustawy odległościowej i dopuścił do fazy budowy wszystkie te projekty deweloperskie, które uzyskały decyzje o pozwoleniu na budowę jeszcze przed lipcem 2016 r., a więc bez zachowania minimalnej odległości od zabudowy i terenów chronionych. W efekcie w tegorocznych aukcjach na dofinansowanie budowy OZE znowu startują projekty nie nadające się do realizacji i które będą nadmiernie szkodliwe dla zdrowia mieszkańców wsi – sąsiadów inwestycji. W ten sposób zamiast budować własną i silną energetykę w oparciu o źródła konwencjonalne, powoli acz skutecznie zwiększamy import energii.

Tłumaczenie, opracowanie i komentarz

Redakcja stopwiatrakom.eu

Przypisy:

[1] stopwiatrakom.eu, „Mieszkańcy Niemiec mają dość wiatraków obok swoich-domów”, publ. 1.11.2019 - .html- http://www.stopwiatrakom.eu/wiadomości-zagraniczne/2807-mieszkańcy-niemiec-mają-dość-wiatraków-obok-swoich-domów.html

[2] Luc Andre, „Allemagne: l’éolien, en crise, supprime des emplois”, l’Opinion, publ. 12.11.2019 - https://www.lopinion.fr/edition/international/allemagne-l-eolien-en-crise-supprime-emplois-202734  

[3] https://www.windwahn.com/karte-der-buergerinitiativen/

[4] Energiezukunft, „So einflussreich sind die Gegner der Windkraft”, publ. 21.11.2019 r.https://www.energiezukunft.eu/politik/so-einflussreich-sind-die-gegner-der-windkraft/  

Korzystamy z omówienia, które ukazało się na blogu P Gosselina No Tricks Zone, publ. 24.11.2019 r.- https://notrickszone.com/2019/11/24/increasingly-powerful-headwinds-ahead-germanys-wind-industry-faces-extinction-several-10000-jobs-lost/

[5] Polecamy lekturę notatki PAP z wystąpienia europosła Tobiszewskiego w Katowicach - https://wpolityce.pl/gospodarka/474555-tobiszowski-najblizsze-lata-beda-kluczowe-dla-energetyki - publ. 25.11.2019 r.