portal komentarz redakcjiStałą cechą obecnych czasów jest nieustająca zmiana pojęć i wyrazów, którymi się posługują politycy i media oraz wymyślanie wciąż nowych kłamstw dla zdobycia poparcia i narzucenia innym swojej wizji świata. Sam język, którym posługują się dzisiaj politycy czy też media jest narzędziem oszukiwania adresatów, wprowadzania ich w błąd oraz ograbiania ze wszystkiego, co mamy. Szczególne zasługi w manipulowaniu językiem poprzez generowanie „nowomowy” przypadają instytucjom Unii Europejskiej. Nie inaczej jest i z nową idee fixe zielonej lewicy, czyli „neutralnością klimatyczną”. Pojęcie to samo w sobie jest zdrowym przykładem intelektualnego bełkotu i zupełnie nic nie znaczy, dokładnie tak samo, jak nic nie znaczą takie zbitki słowne, jak „neutralność alkoholowa” czy „neutralność mięsna”.

Przeciągające się negocjacje związane z powołaniem nowego składu Komisji Europejskiej nie powinny przesłaniać nam wydarzeń, które dzieją się na uboczu doniesień medialnych, a które przesądzą o przyszłości Europy na kilka dziesięcioleci naprzód. Mamy tutaj na myśli przygotowania do grudniowego szczytu politycznego państw członkowskich Unii Europejskiej, gdzie głównym przedmiotem obrad będzie kwestia podjęcia politycznej decyzji o dążeniu przez Unię do stanu „neutralności klimatycznej” w gospodarce do 2050 r. W czerwcu br. była już podjęta próba przeforsowania tego celu, ale unijny szczyt poniósł fiasko, m.in. za sprawą Polski, która zblokowała wtedy polityczne ustalenia. [1]

Na grudniowej Radzie nie będzie już tak sympatycznie, bo równolegle trwa dyskusja na temat nowego budżetu Unii w kolejnej perspektywie finansowej, a wiadomo, że polityka klimatyczna będzie oczkiem w głowie nowej Przewodniczącej Komisji – von der Leyen. Już dzisiaj wiadomo, że na skutek Brexitu w unijnej kasie zabraknie brytyjskiej składki, co powinno w naturalny sposób przekładać się na zmniejszenie wydatków eurobiurokacji. Niestety, przyzwyczajonym do łatwego życia z pieniądze podatników, ciężko jest przyjąć do wiadomości, że z czegoś trzeba będzie zrezygnować. Łatwiej jest więc uchwalić nowe podatki na utrzymanie unijnych struktur niż zrobić cięcia etatów w Komisji Europejskiej. Nietrudno jest więc zgadnąć, że z jednej strony nastąpią cięcia w klasycznych unijnych politykach, takich jak polityka rolna czy polityka spójności, bo z kasą jest krucho, a z drugiej strony większość unijnych pieniędzy i tak pójdzie na realizację „ambitnych celów klimatycznych”. Stąd też największe szanse powodzenia będą miały nowe podatki wspierające ideologicznie unijną „walkę z klimatem”, jak podatek lotniczy, graniczny podatek węglowy czy też podatek od plastiku. Warto zwrócić uwagę, że wszystkie nowe podatki będą miały charakter unijny, tzn. będą dochodem zarządzanym przez Komisję Europejską. Sytuacja taka w istotny sposób wzmacnia struktury federacyjne, a osłabia państwa członkowskie. Dlatego też od dłuższego czasu stawiamy tezę, że unijna polityka klimatyczna nie służy „polepszeniu” ziemskiego klimatu, bo nikt jeszcze na świecie nie znalazł sposobu na regulowanie zjawisk klimatycznych. Polityka klimatyczna służy natomiast ograbieniu obywateli z ich pieniędzy i wzmocnieniu przy ich pomocy globalnych i ponadpaństwowych struktur władzy oraz stworzeniu takich mechanizmów międzynarodowej kontroli gospodarek, by utrwalić istniejący geopolityczny układ sił. Taki był właśnie polityczny sens Porozumienia paryskiego z 2015 r. Reszta to tylko klimatyczna propaganda okraszona pseudonaukowym bełkotem na temat roli dwutlenku węgla w regulowaniu temperatury na Ziemi. Zresztą nie mamy wcale pewności, że średnia temperatura na Ziemi w ogóle rośnie.

Idąc tym tropem jasno widać, że „zielona transformacja” tak mocno lansowana przez Komisję Europejską i kilka największych państw Unii z Niemcami na czele wiąże się dla gospodarek z olbrzymimi kosztami i koniecznością zaspokojenia potrzeb ludności, które dzisiaj zapewniają paliwa kopalne. Mamy tu na myśli dostawy energii elektrycznej, ogrzewanie mieszkań czy łatwość przemieszczania się po świecie przy pomocy samochodów czy samolotów. Skala wyzwań finansowych, technologicznych czy logistycznych jest tak duża, że wymaga nakładów na poziomie kilkuset miliardów euro rocznie przez najbliższe 20 lat i więcej. Biorąc pod uwagę różne punkty odniesienia poszczególnych państw członkowskich Unii i różny poziom rozwoju gospodarek, już dzisiaj jest jasne, że Polska jest na straconej pozycji, jeśli chodzi o możliwość łatwego i szybkiego zrezygnowania z węgla do wytwarzania energii elektrycznej i cieplnej oraz rezygnacji z paliw kopalnych. Stąd też w nieoficjalnym stanowisku (non-paper) przekazanym do Komisji Europejskiej w dniu 17 października 2019 r. – polski rząd wskazał, że budżet Unii na lata 2021-2027 powinien przewidywać znacznie większe środki niż te, które są na stole dzisiaj. [2]

Warto zapoznać się ze stanowiskiem polskiego rządu w tej sprawie, gdyż pokazuje zarówno skalę problemów, jak i też niebotyczne koszty osiągnięcia „neutralności klimatycznej”, szacowane na poziomie 180-290 mld euro rocznie. Dlatego też rząd podkreśla, że: „Istniejące ramy i instrumenty nie będą wystarczające do osiągnięcia neutralności klimatycznej. Zwiększenie ambicji powinno iść w parze ze zintensyfikowanymi działaniami, tak aby poziom ambicji mógł zostać faktycznie osiągnięty. Finansowanie powinno być kierowane tam, gdzie jest najbardziej potrzebne i gdzie może przynieść największe korzyści.” [2]

Mówiąc wprost stanowisko Polski jest takie – będzie finansowanie transformacji energetycznej odpowiadające potrzebom polskiej gospodarki, to wtedy się zgodzimy. „Ponieważ koszty transformacji mogą się znacznie różnić w całej UE, oczekujemy, że Komisja przedstawi konkretne dane w podziale na państwa członkowskie UE, pokazujące niezbędne inwestycje w całej UE, a zwłaszcza w regionach stojących przed największymi wyzwaniami.” [2]

Z informacji podanych przez portal euraktiv.com wynika, że na razie nowy unijny fundusz „Sprawiedliwiej Transformacji” to suma 4,8 mld euro na całą Unię na kolejny unijny budżet, który obejmuje okres 7 lat. Jest to więc kropla w morzu potrzeb wobec szacowanych na 180-290 mld euro rocznie.

Dotychczasowe doświadczenia z instytucjami unijnymi wskazują, że polityczna zgoda na „neutralność klimatyczną” zostanie wcześniej czy później wymuszona na Polsce przy pomocy różnego rodzaju nacisków mniej lub bardziej eleganckich. Stało się tak m.in. w przypadku Traktatu lizbońskiego, który przekształcił Unię Europejską w państwo federacyjne bez nazywania tego po imieniu, a także wtedy, gdy rząd PO-PSL kompletnie bezmyślnie zgodził się na nowe cele klimatyczne do 2030 r.

Komisja Europejska w swojej klimatycznej gorliwości jest przewidywalna do bólu i nie zdarzyło się jej wyjść poza wcześniejsze scenariusze pisane w Berlinie. Rzecz w tym, by do naszych rządzących dotarło w końcu, że tzw. „polityka klimatyczno-energetyczna”, to nic więcej jak tylko forma politycznego i gospodarczego wykorzystywania peryferii Europy przez jej bogate i silne gospodarczo centrum. Jest to świetny przykład neokolonialnej polityki państw z twardego jądra Unii wobec pariasów z Europy Centralnej. Jeśli więc z czymś powinno nam się kojarzyć pojęcie „neutralności klimatycznej”, to idealnie pasują tutaj słowa – dewastacja, degradacja czy deindustrializacja gospodarek. Można też odczytywać ten zlepek słów, jako „przejęcie kontroli nad rozwojem gospodarczym państw zainfekowanych polityką klimatyczną”, czyli chytry niemiecki plan na podbicie Europy bez czołgów realizowany pod hasłami „walki z klimatem”.

Sadźmy lasy, rozbierajmy wiatraki

Redakcja stopwiatrakom.eu

Przypisy:

[1] http://stopwiatrakom.eu/wiadomo%C5%9Bci-zagraniczne/2750-fiasko-szczytu-unii-europejskiej-w-sprawie-zaostrzenia-polityki-klimatycznej.html

[2] https://www.euractiv.com/section/climate-strategy-2050/news/poland-wants-fresh-eu-money-to-back-climate-neutrality-goal/ Stanowisko polskiego rządu, które omawiamy,  jest dostępne pod wskazanym powyżej linkiem do strony euraktiv.com. Dokument opublikowany jest w języku angielskim. Tłumaczenie fragmentów – redakcja.